love
fight

Poezja


Stokrotka

 

Róża rosą otulona i Konwalia w nią wtulona
Obok Frezji szepcze cicho: „Niech Stokrotkę weźmie licho...

Do nas ona nie pasuje cały bukiet dziś nam psuje
Taka chuda, taka mała, a do tego jest nietrwała”.

A Stokrotka bardzo płocha z Koniczyną cicho szlocha:
„Och, ma siostro z wiejskiej łąki, nie przeżyję tej rozłąki...

Tam pod lasem ma Rodzina, Chabry, Maki i Leszczyna,
Żyto kłosem już się kładzie, mleka pełne wiejskie kadzie.

Tu świat wielki i bez końca, a ja pragnę
deszczu, sŀońca,
Brak mi wiatru, życia brak, wszystko idzie tu na wspak”.

Chryzantema to słyszała i też cicho zaszlochała:
„Cóż powiedzieć mogę wam, ja od dawna z śmiercią trwam...

Na nagrobkach kwitnę sama od wieczora aż do rana,
Czasem z Kalią porozmawiam, lub z Anturium porozprawiam,

Lecz gdy ludzie mnie zobaczą to od razu głośno płaczą.
Już depresje mam od tego, niełaskawe dla mnie niebo”.

Na to Aster się odezwał, życia duch go chyba wezwał:
„Oj wy! Baby rozpieszczone! Chryzantemę,
wciąż mą żonę,

Chyba dzisiaj ukatrupie, płatki wyrwę tuż przy dupie!
Niech się cieszy, że ma pracę, no i całkiem niezłą płacę!

Ja na działkach kwitnę dniami, dzieci depczą mnie butami,
A w kwiaciarni, cóż tu zrobić, rzadko mogę se dorobić”.

Na to Goździk uniósł głowę, albo ledwo jej połowę
I rzekł smutno z wielkim żalem: „Ja się dziś już nie pochwalę

Dni mej chwały już minęły, z komunizmem przeminęły.
Kiedyś byłem ja, wybrany,
przez miliony uwielbiany,

Wszystkie święta uświetniaŀem, na trybunach ciągle staŀem
Matki, żony i kochanki oglądały mnie w poranki...

Jestem pomnik bez cokołu, co nie sięga dziś już stołu
I choć wracam na biesiady to nie daję z tym już rady.

Świat dziś inny, świat szalony, jam samotny i bez żony...
Z różą kiedyś mnie swatano ale murem odgradzano

Dziś to ona najpiękniejsza, uwielbiana, nie do wżięcia.
Jednak widząc co przeżywa wiem, że będzie nieszczęśliwa...

Bo stoi
na piedestale i nie boi się wcale...
Bo symbolem jest miŀości i w ludzkich sercach chce gościć.

Ale ludzie ludźmi są i kochaja to co chcą.
To gatunek niestabilny i w życzeniach wciąż labilny.

Raz kochaja, raz rzucają,
Niszczą, depczą, przemycają...”

Orchidea się ocknęŀa: „A skąd jam się tutaj wzięŀa?
Jeszcze wczoraj spałam cicho, nie znalazło by mnie licho

W amzońskim gąszczu Lasu kwitŀam pięknie, aż do czasu,
gdy mnie ścieli bez litości... Dziś tu więdnę
bez przyszłości.

Droga jestem, bo z przemytu i brak na mnie jest popytu,
W pięknych ścianach czasem stoję, ale ja się tam tak boję...

Słów sie boję, bo rozumiem, że świat kochać już nie umie.
Gwoździe śmierci – sŀowa. Przed pieniądzem kto się schowa?”

Na to trawa się uniosŀa: „Ja tam wszędzie dobrze rosła!
Czy mnie depczą, czy zrywają, czy seks na mnie uprawiają,

Czy dla krowy jestem życiem, czy dla ludzi buta podbiciem,
Czy plewem w Zbożu nieodparcie, czy dla
Róż w bukiecie wsparciem,

Jestem byŀam tu i będę, na wielkanoc, na kolendę,
Nie poddaję się do licha, dzień to, czy noc cicha

Czy szanują, czy też nie, każdy durny czŀek już wie,
Że bez trawy, nie ma zabawy!”

a.a.bonus